relacje z XVIII spż

15.10 - 17.10.2010

Wyruszyliśmy w podróż naszego życia. Jeszcze nikt nie wie co będzie dalej, a do splendoru tajemniczości dołączyli się skryci opiekunowie. Podczas 20 godzinnej trasy do Genui mieliśmy możliwość bliższego poznanie siebie nawzajem i zapoczątkowania rejsowych znajomości. Droga jaką pokonaliśmy prowadziła przez Czechy, Słowację, Austrię oraz Włochy, gdzie znajdowało się nasze miasto docelowe. Zdobywamy je o godzinie 1000 w sobotę i mimo ciężkiej nocy okupionej bólem różnych części ciała, nasze serca podnosi radosny okrzyk – Jesteśmy na miejscu!!!

Pogoria robi wrażenie dużej, aczkolwiek myślę, że spora część załogi spodziewała się jeszcze większego statku. Pierwsze momenty po wyjściu z autokaru to grupowe wnoszenia prowiantu na statek, przydzielenie nas do kajut, rozpakowanie swoich rzeczy, a także apel, na którym poznaliśmy ogólne zasady panujące na pokładzie i zostaliśmy podzieleni na wachty. Następnie odbyło się szkolenie, na którym poznaliśmy olinowanie, żagle i podstawowe węzły, a kulminacją była wspinaczka na reje. Po ćwiczeniach zeszliśmy na kolację, a następnie od godziny 2000 do 2300 mieliśmy czas na zwiedzanie miasta.

„Witam wszystkich serdecznie, jest niedziel 17 października, proszę wstawać” - tymi oto słowami wypowiedzianymi przez Palmę, poprzez rozgłośnie, rozpoczęliśmy drugi dzień na Pogorii. Pierwsze czynności jakie wykonaliśmy to konsumpcja śniadania, grupowy apel i dokończenie szkolenia. Teraz na moim zegarku jest godzina 1100 i za chwilę wypłyniemy do Monte Carlo. To tyle jak na pierwsze sprawozdanie, a że muszę już wyjść na pokład, to zakończę to w prosty sposób: Ahoj!!!

Dominik Faryński

XVIII SpŻ

Dzień 1 - przybycie (16.X)

Nasz dzień zaczął się na dobrą sprawę dopiero koło południa, gdyż na wcześniejszą, autokarową część, lepiej spuścić zasłonę milczenia. Okolice Genui były piękne, ale kierowca robił wszystko, co w jego mocy by dotrzeć z Polski na czas- to wszystko w tym temacie.

Pierwsze wrażenie po ujrzeniu Pogorii? Myślałam, że będzie większa. A po zakwaterowaniu? Naprawdę myślałam, że będzie tu więcej miejsca ;) Koje są bardzo wąskie. Ale i tak już mi się szalenie podoba.

Oczywiście, szybciutko po zakwaterowaniu zostaliśmy podzieleni na wachty jednak wieczorną integrację i czuwanie na trapie popsuła nam pogoda, która bardzo miło i ciepło powitała nas ulewnym deszczem i wiatrem. Na szczęście herbaty w kambuzie było dość, kart i gitary poszły w ruch a załoga opuszczająca statek udzielała nam szeroko pojętych zachęt, rad i przestróg.

Do wieczora do naszych pięknych i uporządkowanych kajut zaczął wkradać się wierny przyjaciel, znany pod wieloma imionami – Chaos, Bałaganik, Wszystko Pod Ręką. Dobrze zobaczyć znajomą twarz tu, na drugim końcu świata. Jutro cumujemy w Europejskim jaskini hazardu – Monte Carlo, więc każdy przyjaciel przynoszący szczęście będzie mile widziany.

Natalia Matulewicz


XVIII SpŻ

Zasady na Pogorii

„Zasady są po to, żeby je łamać”. Jednak uczestnicy XVIII Szkoły pod żaglami już nie mogą (a przynajmniej nie powinni) stosować się do tej tezy.

Reguły statkowe są ściśle określone. Nie palimy, nie pijemy, cisza nocna o 23.00 -to chyba najważniejsze punkty regulaminu statkowego. Naturalnie jest jeszcze kilka ( a nawet kilkanaście) rzeczy o których my, uczestnicy nie możemy zapominać. Należy słuchać ludzi, którzy są „nad nami”, zachować wszelkie środki bezpieczeństwa, by żegluga przebiega spokojnie oraz być uprzejmym dla innych. Jest także pewna mila zasada która na pewno podoba się załogantom- wszyscy zwracamy się do imieniu, lub po ksywce- jedynie pan kapitan zostaje panem kapitanem. Aby rejs sprawnie, musimy stawiać się na swoje wachty punktualnie co niektórym jak na razie sprawia małe problemy. Wstawanie o 4.00 nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy. Kto powiedział, ze będzie łatwo?

Poznaliście najważniejsze punkty regulaminu naszej szkoły. Wiecie, jak ciężkie (czasem) jest nasze życie. Mam jednak nadzieje, ze w kolejnych relacjach dowiecie się, jaka cudowna pogodę przezywamy, pływając na cudownej Pogorii.

Sonia Sobolewska


XVIII SpŻ


XVIII SpŻ


Wachta nawigacyjna, czyli nasze udręki

Ktoś szarpie mnie za ramię. Zastanawiam się ile godzin minęło odkąd moje powieki odmówiły posłuszeństwa? Na pewno nie więcej niż trzy! O co chodzi?

-Hej, obudź się, mamy nawigacyjną!

Ach, tak. Nawigacyjna. „To tylko cztery godziny” pocieszam się w myśli. Zwlekam się z koi, po omacku zakładam sztormiak i kalosze, ubieram szelki. Jest czwarta nad ranem, wieje 8B a ja próbuję stać na zbiórce i nie przelecieć na druga burtę.

Wachta nawigacyjna. Do obstawienia „oczy”, ster i kabina nawigacyjna.

„Oczy” statku w nocy stają blisko mostka kapitańskiego, wytrzeszczając swoje własne oczka w ciemność, wypatrując jakichkolwiek świateł migoczących na wodzie. O każdym punkciku, który nie wygląda jak fosforyzująca latająca ryba,ptak bądź gwiazda, należy zameldować oficerowi.

Stoję na prawym oku i nieprzytomnym wzrokiem wpatruję się morze. Rozglądam się powoli – nic. Kolejne piętnaście minut mrugania o czami i usiłowania trzymania pionu. Nagle do mojej zaspanej świadomości dochodzi głos oficera:

-Przepraszam bardzo, ale czy prawe oko może mi wreszcie zameldować o latarni morskiej, która od pięciu minut mruga nam spokojnie na pierwszej?!

Sterowanie. Mogłoby się wydawać- nic trudnego. Stoisz za kołem sterowym, gdy kurs spada przekręcasz ster w prawo i na odwrót. Taaa... Gdy nie ma fali mniej więcej tak to wygląda. Ale sytuacja ulega diametralnej zmianie, gdy wiatr przybiera na sile a morze zaczyna kołysać... ale bynajmniej nie do snu. Sprawa z zasypianiem ma się mniej więcej tak: Leżysz sobie spokojnie na koi i właśnie zaczynasz odpływać a tu nagle... z ogromnym impetem uderzasz w sztorm deskę, która wbija ci się w plecy. Duuuża fala- ot co.

Kierowanie „Pogorią” w takich momentach wygląda podobnie jak zasypianie i nie należy do najprostszych rzeczy. Statek skręca kiedy i jak chce, nie przejmując się rozpaczliwym zabiegom sternika. Strzałka kompasu wskazuje prawidłowy kurs, by w sekundę później znaleźć się 10o w prawo. I nadąż tu za tym człowieku! Myślę, że u około 50% załogantów o godzinie machania sterem ma się ochotę tylko na powrót do zacisznej koi.

Trzecia funkcja, którą trzeba obstawić na wachcie to „nawigacyjna”, która przyciąga ilością różnych urządzeń, guzików, ekranów, strzałeczek, kropeczek...

Zadaniem osoby pełniącej wachtę w kabinie nawigacyjnej jest słuchanie radia, czy aby ktoś nas nie nawołuje( a zdarzało się!) oraz cogodzinne uzupełnianie dzienniczka pokładowego. Dla nowicjusza taki dziennik może stanowić niemały szok. Rubryki z dziwnymi skrótami w stylu: „Log”, „KD”, „KŻ”, mogą niejednego zdezorientować. Generalnie chodzi o to,by określić położenie statku, drogę którą przebył, szybkość z jaką się porusza, siłę wiatru, kurs, stan morza, ciśnienie i temperaturę. Uff. Sporo wiadomości zwłaszcza gdy stoi się vis'a'vis dziennika i mapy a w głowie ma się kłębowisko informacji: „Jak mam określić log? Gdzie to się sprawdzało?!”-rozpaczliwe spojrzenie po wnętrzu nawigacyjnej. GPS, radar, barometr? Jedyna rada -trzeba zawołać oficera. Znowu. Ale jak mawiał Seneka „Per aspera ad astra”- „Przez trudy do gwiazd”- po jakimś czasie nawigacja przestaje być jedną wielką niewiadomą.

Pozostała część wachty, czyli ok. 6 niedobitków zajmuję się czym chce. Nie może zejść pod pokład, więc w dzień najczęściej podziwia uroki morza, a w nocy drzemie na pokładzie, na ławkach, pod ławkami... Co pół godziny oficer budzi jednego nieszczęśnika i wtedy rozlega się donośne ding-dong, w zależności od godziny – od pół do czterech szklanek. Załogant trzyma ringębulinę- linę, która jest doczepiona do serca dzwonu i równo uderza w dzwon. W języku żeglarskim mówi się, że „wybija się szklanki”. Ding-dong!

I tak mija godzina za godziną. Po czterech, co w nocy wydaje się astronomicznej długości czasem, wachta zbiera się na rufie. Zbiórka , dokładne sprawdzenie czy ktoś nie zaspał pod ławką i na jej miejsce wchodzi kolejna wachta z radosnym u czuciem w sercach, że już tylko za cztery godziny znów wrócą do swoich ciepłych koi...

A mimo tego całego niewyspania, choroby morskiej, przez którą przechodziło wielu z nas, lekcji, różnego rodzaju prac- właściwie błahostek, którymi przestajemy się powoli przejmować- mimo tego nikt nie chciałby wrócić teraz do domu. Ponieważ mamy jeszcze tyko trzy tygodnie,by zasmakować żeglarskiego życia, by napatrzeć się do woli na delfiny skaczące obok dziobu, by zapamiętać smak soli na ustach, gdy opryska nas fala. Ten rejs to dla wielu z nas wyprawa życia, którą zapamiętamy na zawsze. To spełniające się marzenie.

Bo przecież marzenia się spełniają...


„Marzenie”

sł.B.Kuśka, M.Czernek


Znowu będzie kiwać nas, znów usłyszysz ten szum fal,

Ptaków śpiew na zboczach skał, co na lądzie śni się nam.

Wypłyniemy w długi rejs, zaśpiewamy starą pieśń,

Pośród fal poniesie się, tylko proszę weź stąd mnie.


Miałem dzisiaj piękny sen: znów Lizbona śniła się,

Pośród białych żagli rejs. Czy on może spełnić się?

Czas upływa szybko więc, za dni parę, lada dzień,

Biały worek, sztormiak, dres wezmę z sobą w marzeń rejs.


Jeszcze miesiąc,jeszcze dwa, znów komendy pójdą w tan,

Oddać cumy! Żagle staw! I odpłynąć z wiatrem w dal!

Co za szczęście co za cud, płynąć poprzez morza znów,

Rzucić kotwę w porcie tam, skąd sam Kolumb płynął w świat.


JESZCZE NIE TĘSKNIMY;)


Aleksandra Jurzak, II wachta


fot. Piotr Jabłoński

fot. Piotr Jabłoński


Garść informacji o przechyłach i sprawach pokrewnych

Myśląc o żegludze często zapomina się o bujaniu. Czasami tylko przypomni się choroba morska, przejawiająca się okazjonalnymi wymiotami i świeża zielenią na twarzy od czasu do czasu.

Tymczasem, to zupełnie nie tak!

Oto garść przemyśleń dotyczących bujania na statku i jego konsekwencji. Prosimy, odnieście się do nich z należytym szacunkiem, gdyż wszystkie zostały sprawdzone empirycznie, nierzadko okupione krwią, potem i łzami. No i wymiocinami, oczywiście.

  1. Kołysanie jest ciągłe, permanentne. Pomimo to po trzech dniach już go prawie nie czujesz, żołądek obijający się o wątrobę przestaje robić wrażenie. Tylko te ściany dokonywujące dziwne skoki i krzywy strumień wody pod prysznicem wprawiają w zdumienie i stają się pewnego rodzaju rewelacją.

  1. Dużo rzeczy z korzysta z prawa bezwładności z nieoczekiwanym entuzjazmem. Kubki z herbatą i płyn do mycia naczyń różnież. Spróbujcie umyć naczynia na śliskiej podłodze w ciasnej pentrze kiwając się bez ładu i składu we wszystkie strony. Naprawdę, świetna sprawa!

  2. W nocy też buja!

    4. Pierwsze dwie doby czujesz się niesamowicie. Przyczyny są trzy: niewyspanie, głód i szalejący błędnik (niejednokrotnie nazywany też błonnikiem). Efekty tego są różne- od niekontrolowanej radości do parogodzinnej chandry.

  1. Sprawa najbardziej charakterystyczna- choroba morska. W praktyce tzw. „rzygam dalej niż widzę”. Postronny obserwator pozna jej panowanie po kolejkach do toalet, zwłokach leżących wszędzie, nieobecnych spojrzeniach, wahaniach nastrojów i niecodziennych koronach na głowach (technika „zrób to sam”- włosy posklejane solą, tłuszczem i kisielem). Walczyć z tym się nie da, oto jednak parę praktycznych obserwacji i ciekawostek z gatunku „jak przetrwać”:

    - odkrywasz w sedesie wszystkie kolory tęczy

    - nachodzą cię myśli o arbuzie i coli

    - pij wodę- nie ma smaku

    - jedz kisiel i arbuzy- w drugą stronę smakują tak samo

    - wyjdź z kambuza, śpij na pokładzie- jest szybciej, taniej i lepiej

    - nie przejmuj się wyglądem- nikt się nie przejmuje ubiorem a grzebienie łamią się na włosach

    - unikaj dziobu- uczucie spadania jest przyjemne, ale tylko przez chwilę

    -staraj się zachować dobry humor- wymioty przynoszą chwilową ulgę (5-15 minut), poza tym mają też swoje plusy. Wspólne rzyganie za burtę jest silnie integrujące a gdy się kończy zajadasz się dosłownie wszystkim. A jak fantastycznie smakuje!


Natalia Matulewicz


fot. Piotr Jabłoński


Pogoria u brzegu Malty

Dziś, około godziny 17 dobiliśmy do Malty. Powitała nas brzydka chmura i niewielki deszcz. Mimo wszystko jednak... Ale zacznijmy od początku.

Z ogromną ulgą pożegnałam kambuz, w którym spędziłam ostatnie 3 godziny myjąc, szorując i polerując wielkie, po przypalane gary po obiedzie dla 40 osób. Kiedy wreszcie domyłam wszystko co zastałam w zlewie (nabawiwszy się po drodze migreny) okazało się, że to koniec męczarni: „kambuz” przejęła po nas wachta III. My mogliśmy udać się na świeże powietrze przejmując wachtę nawigacyjną. Wyczerpawszy zapas cierpliwości do resztek jedzenia, które teraz mogłam znaleźć na najmniej oczekiwanych miejscach mojej osoby,z radością przyjęłam funkcję „oka”.

Stojąc na dziobie, przypięta do bukszprytu i z lornetką w ręce mogłam dokładnie obserwować zbliżający się port: La Valettę. Przyznaję, że na początku nie zrobił na mnie szczególnie piorunującego wrażenia. Wielka, jednolicie szara masa miejska z dźwigami tu i ówdzie. Ot zwykła przeciętna metropolia bez wyrazu. Zajęłam się więc obserwacją wielkiego kontenerowca , który szedł nam prosto przed dziób. Tak pochłonęła mnie ta czynność, że nawet nie zauważyłam jak zbliżyliśmy się do brzegu. Powitała nas wielka chmura i niewielki deszcz, mimo wszystko jednak... widok zapierał dech w piersi.

Z bliska miasto wyglądało niesamowicie. Wzniesione zostało na skale, ale z morza robiło wrażenie jakby zostało w niej wykute. Port wżynał się w wąską zatoką w głąb lądu i stojąc na pokładzie miałam wrażenie, że przekraczam ogromną bramę do innej epoki. Mury joannickiej twierdzy będące świadkiem dokonań Kawalerów Maltańskich, małe zatoczki otoczone przez zabytkową starówkę, tworzące kameralne porty dla luksusowych jachtów – tu wszystko dopełniało wrażenia zatrzymanego czasu.

W miarę jak Pogoria zagłębiała się w port dostrzegałam coraz więcej szczegółów składających się na niezwykły klimat tego (coraz bardziej intrygującego) miasta. Niecierpliwie wyczekiwałam momentu, kiedy wreszcie będzie mi dane postawić stopę na stałym lądzie i zgłębić tajemnice magicznej stolicy Malty.

Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk alarmu manewrowego oznajmiającego, że właśnie dobijamy do brzegu.


Natalia Ptasińska


fot. Piotr Jabłoński


fot. Ola Jurzak




Dostęp do kultury na pokładzie


Żaglowiec „Pogoria” oferuje szeroki dostęp do kultury. Mamy tutaj wspaniałych gitarzystów, którzy skłonni są umilać nam czas o KAŻDEJ porze. Wytrwali w owej pasji muzycy ćwiczą godzinami aby dociągnąć każdy dźwięk swych wspaniałych wielogodzinnych improwizacji. Prowadzą oni także profesjonalne lekcje wedle swojego nastroju dla przypadkowych interesantów. Dzięki temu grono zainteresowanych stale się powiększa.

Innym źródłem doznań kulturalnych są odbywające się co wieczór kluby pasjonatów filmu, znane pod nazwą „Bolo”. Domyślni mogą zauważyć w tym związek z jednym z oficerów, który podobno odpowiada za owe zajęcie. Członkowie klubu sięgają po tytuły naukowe o zawiłej fabule, filmy psychologiczne, a nawet niezwykle fascynujące dokumenty, które zdobywają coraz to nowe rzesze fanów. Dodatkowym plusem tych zajęć są wspólne posiłki, które poza potrzebami doznań artystycznych pozwalają zaspokoić potrzeby fizjologiczne. Wśród grup pełniących wachty gastronomiczne narasta moda na delektowanie się muzyką, która uprzyjemnia takie czynności jak np. zmywanie, czyszczenie oraz obieranie. Doznania artystyczne pozwalają wyrwać się umysłowi z brzemienia nużącej, ciężkiej pracy i uprzyjemniają te rutynowe zajęcia.

Po ciszy nocnej w duszy młodego człowieka pojawiają się wątpliwości potęgowane czasem uczuciem głodu. Osoby te zbierają się w mesie, aby rozmową z pozostałymi członkami załogi poruszyć ważne tematy i przedyskutować je. Odbywa się to również w czasie posiłku.

Poza czasem wolnym zajęcia sztuki odbywają się również podczas lekcji. Nauczyciele, pełni sympatii i zaangażowania z przyjemnością objawiają nam nowe aspekty sztuki poszerzając naszą wiedzę i horyzonty. Poza tym funkcjonuje tutaj teatr, w którym młode talenty tworzą sztuki inspirowane znanymi dziełami literackimi, ukazując tym swoje zainteresowanie i inwencję. W planach rejsu jest także bezpośrednie doświadczenie sztuki poprzez zwiedzanie kolejnych miast, a w nich zabytków.

Ta wszystko doskonale pokazuje że dostęp do kultury na Pogorii ogranicza tylko nasza wyobraźnia.

Bartosz Brożyna


(fot. uczestnicy 18 SpŻ)

Pocztówka do Dyrektora


Chciałam w rejs daleki płynąć,
lecz jak to zrobić, by lekcji nie ominąć?
Ten problem został jednak rozwiązany,
i przez Stowarzyszenie Edukacja pod Żaglami wysłuchany.
Marzenie me zostało spełnione,
i w szybkim czasie w życie wcielone.
Na Korsyce teraz przebywam,
i wiele się o niej nauczyłam.
Więc dziękuję bardzo Panu Dyrektorowi,
że w marzenie me brnąć mi nie zabronił.
Pocztówkę zatem z pozdrowieniami ślę,
by po powrocie w szkole nie skończyć źle.

Zuzanna Wilk



(fot. uczestnicy 18 SpŻ)

Życie


W trakcie rejsu, gdzie okiem nie sięgnąć, jest tylko woda. Niesamowitą radość sprawia nawet nieduży kawałek plaży. W połączeniu ze słońcem, ciepłem i lazurową (choć zimną) wodą odkrywamy raj na ziemi. Szybka ucieczka pontonem w morze, chlapiąca dookoła woda, do tego trochę pisków – to naprawdę niesamowita zabawa. Bawiąc się w „małych odkrywców”, wpłynęliśmy do groty. Widok, który nam się ukazał, był wprost bajkowy. Ogromne, otwarte sklepienie, przejrzysta woda, rośliny porastające strome skały i fale rozbijające się o skaliste ściany... Wrażenia oderwania się od szarej rzeczywistości potęguje echo. Echo, które powtarza i niesie w dal nasze słowo, krzyknięte wspólnie: „ŻYCIE” - będące kwintesencją naszej radości i wyrazem zachwytu dla świata.

Aleksandra Barabasz


(fot. uczestnicy 18 SpŻ)



Fraszki



Fraszka na Staszka


By podziwiać statku piękno,
warto najpierw zmierzyć tętno,
i nie spinać się za bardzo,
bo kończyny ci odmarzną.
Ja mam na to sposób,
wyczillować, nie myć włosów.
A to sprawa niekonieczna,
tylko fraszka ironiczna,
zdaje być się rymowana,
osiem sylab i gitara.
Mógłbym lepiej to napisać,
ale że późna godzina,
Staszek stoi już na trapie
i go ciągle łapie spina.
Gdyby tutaj była mama,
pewnie wspiąłbym się na brama.
Mnie Dominik motywuje,
zaraz wstanie i buszuje.
By podziwiać żagle, szekle,
pod pokładem też jest pięknie.
Czasem szczeknie, czasem syknie,
lecz go nikt nie zauważa,
chłopak chce i chciałby dobrze,
ale wyszło mu jak zwykle.

Mateusz Szwoger-Lettecki, Dominik Faryński

Na Szkołę pod Żaglami

Nawigacja, znów świtówka.
Gospodarcza, znów harówka.
A bosmańska – ciągła praca.
Dzień powrotu? „Ja nie wracam!”.

Na kapitana

Na pokładzie już panika,
burta pod falami znika,
lecz na mostku się pojawia,
morze wzrokiem obłaskawia.
Cichną wiatry, strach już prysł,
Skąd ten jego morski zmysł?
Może to drapanie w brodę,
wpływa jakoś na pogodę?

Na Magdę i Grzesia

A Magda i Grześ, a Magda i Grześ,
pofolgują sobie gdzieś do rana...
Tekst już wszystkim znany,
bo przez Bola promowany.
Lecz skąd pomysł na to miał?
Bolo, cóż, sam by tak chciał.

Grzegorz Wasiak



(fot. uczestnicy 18 SpŻ)

Alarmy na statku


Wyobraźcie sobie taką sytuację: przez ponad siedem godzin jesteście poza statkiem, zupełnie odcięci od własnej koi i świata. Chodzicie podziwiając trochę starożytnych ruin i całą masę trochę mniej starożytnego betonu, wbijacie sobie ze wszystkich sił nogi w tyłek a wszystko to zupełnie na głodnego. Pamiętajcie przy tym, że dla żeglarza, nawet takiego skromnego jak tutejszy, chwila na drzemkę i bateria słodyczy to sprawa zupełnie podstawowa jeśli chodzi o przetrwanie. W każdym razie wracamy na Pogorię, ale o odpoczynku nadal mowy nie ma, bo kto by spał, skoro jest czas na samodzielne podbijanie miasta, ktoś gra w brydża, a inni na gitarze. Koniec końców marynarze idą spać o 2400, a w ciągu nocy parunastu szczęśliwców zrywa się jeszcze, aby posiedzieć przy trapie, który czasem jest grzeczny, a czasem dostaje nóżek i chce ze statku uciec. No i kiedy ta błoga chwila odjazdu do innej krainy nadchodzi ON- alarm Manewrowy, Do Żagli, Na Bosmana, Pobudkowy. Na śniadanie. Na cokolwiek. Każda, absolutnie każda pora jest dobra. Nawet jeśli można zrobić coś siłą jednej wachty, to i tak lepiej obudzić całość. No i wychodzi taka załoga - widmo, opatuleni bluzami i z oczami jak szparki, a bosman jeszcze nas od turystów wyzywa...

Zresztą, ze snem i pobudkami na Pogorii też są ciekawe scenki. Wszyscy szybciutko nauczyli się zasypiać natychmiast i twardo. Zdarzało mi się położyć na koi na plecach dla wyprostowania kręgosłupa i odpłynąć, ciągle z rękami pod głową. Sławny jest przypadek Magdy z wachty IV, która chcąc zdjąć spodnie położyła się na koi i odeszła do krainy snów, ze spodniami opuszczonymi do kolan. Innym udaje się zupełnie przespać budzik albo nie usłyszeć dzwona alarmowego z pasją maltretowanego przez pół minuty. W dodatku tendencja ta się rozszerza.

Natomiast jeśli chodzi o wstawanie, to w tej chwili obserwujemy dwie tendencje. Pierwsza, dosyć zwyczajna, to przedłużanie tego bólu w nieskończoność, przewracając się z boku na bok. Zwolennicy drugiej natomiast zaraz po przebudzeniu są natychmiast gotowi do działania, chociaż nie zawsze świadomie. W galerii tych osobistości znajdziemy między innymi: Olę, która zaczyna rozmawiać z pobudkowiczem o sprawach bieżących, ewentualnie plotkować o załogantach; Magdę, która automatycznie idzie na wachtę, a dopiero potem myśli, czy rzeczywiście teraz tę wachtę zaczyna; Kropek, która wstaje i wychodzi chociażby bez butów.

Powiedziano nam, że Pogoria uczy życia, promuje pewne ideały, zmienia ludzi. Tylko nikt nie podejrzewał, że w ten sposób... ;)

Natalia Matulewicz


(fot. uczestnicy 18 SpŻ)

Odkrywanie


...Jeżeli wiem, że kąt, który zmierzyłam sekstantem między stępką masztu a górnym brzegiem foka wynosi 55°, a między stępką a dolnym brzegiem żagla ma 25°, to będę mogła obliczyć... eee... zaraz, co ja będę mogła obliczyć? To będę mogła obliczyć wysokość... wysokość żagla... będę mogła obliczyć wysokość żagla...”

Moja głowa opada na zeszyt, w którym widnieje ciągle nierozwiązane zadanie z matematyki. Cztery godziny snu brutalnie pauzowane alarmem opuszczenia statku, a zakończone piosenką „Highway to hell” puszczoną z głośników i życzeniami „miłego dnia” jako pobudka, to zdecydowanie za mało, jak na moje 15 lat. To zresztą za mało dla każdego z nas.

Na Pogorii szybko nauczyliśmy się, że liczy się każda minuta. Jeśli mamy czas wolny, to staramy się go dobrze wykorzystać. Tutaj nikogo nie dziwi widok osoby, która w południe śpi jak zabita na cudzej koi, gdzie przysiada tylko na chwilę, aby posiadać z koleżanką. Sen to jedna z najcenniejszych rzeczy na statku. No... może zaraz po żelkach, które są przez wszystkich bardzo rozchwytywane...

To nie do uwierzenia jak szybko przeleciał ten rejs. Został nam już praktycznie tylko tydzień. Tylko? Został nam jeszcze tydzień mordęgi w postaci niewyspania, dużej ilości różnorakich prac fizycznych, nauki i prac domowych. Został nam tydzień. A potem już nie poderwie nas o nieludzkiej porze dzwonek, nikt nie ściągnie nas brutalnie z koi zapraszając na wachtę i nie każe stać 4 godzin na sterze czy oku, nie każe wyrzucić gnijących ziemniaków do beczki zwanej czule „szarą lady”, nie karze wymyć waterwajsów, ani wyszorować pokładu, nie zrobi „pilota”... Będziemy mogli robić co chcemy.

Został nam tylko tydzień chodzenia po rejach, klarowania lin, śpiewania szant i oglądania wieczornych filmów. Tylko jeden krótki tydzień na zapamiętanie szorstkości lin, smaku soli, zapachu i widoku morza oraz lądów widzianych z wysokości bombrama... Gdy jeszcze tam wysoko w górze świat wydaje się taki ogromny, że nie można go ogarnąć widokiem, a zarazem wręcz maciupki jak te mróweczki, które widać w dole na pokładzie.

Pierwsze wejście na bombrama (najwyższą reję) zostanie na zawsze w mojej pamięci, a na pewno z zakamarkach serca. Gdy wspinałam się coraz wyżej i wyżej po drabinkach – co tu dużo mówić – trochę się bałam. Nawet nie próbowałam patrzeć w dół, tylko z całej siły trzymałam się rękoma want. Przecież nie byłam niczym przypięta, wystarczy aby jedna pomyłka, jeden głupi błąd...

...Drabinka robi się węższa i węższa, coraz trudniej się wspinać... Już prawie jestem. Wpinam się wąsami w lajflinę, drżącym głosem krzyczę „uwaga wchodzę” i w następnej chwili dołączam do trójki szczęśliwców balansujących już na percie. Kurczowo przytulam się do rei i dopiero teraz dociera do mnie gdzie jestem i co widzę. Myśl, że muszę rozklarować bombramsla odpływa gdzieś na skraj świadomości, chłonę tę chwilę całą sobą. Wiatr, który zapiera dech w piersiach i nie pozwala normalnie oddychać – a może to przez dudniące głucho serce? Widok chmur, które są na mojej wysokości i słońce, które przenika przez nie, załamując się na grzbietach fal. Skaliste wyspy, które wyglądają jak wycięte żywcem w filmu przyrodniczego i pokład Pogorii, która majestatycznie sunie poprzez fale, imponując białymi żaglami.

Ktoś kto nigdy nie był na żaglowcu, mógłby pomyśleć, że to co robimy to szaleństwo. Po kiego grzyba na cały miesiąc odcinając się od rodziny, przyjaciół i wszelkich wygód, by znaleźć się na statku, na którym trzeba szorować pokład, wspinać się tak bardzo wysoko. A do tego ta cała choroba morska... Masakra! - Po tym można właśnie rozpoznać, jaki ktoś ma stosunek do Morza.

Niewielu stać na to, by popłynąć na rejs Szkoły pod Żaglami. Potrzeba na to sporo odwagi. Jest to poważny krok i dla wielu trudno się na niego zdobyć. Ale sądzę, że nie ma wśród nas takiej osoby, która żałowałaby tego, że tu jest.

Moi rodzice przed wyjazdem na rejs, dali mi w prezencie śpiewnik szant. Na pierwszej stronie cytat:

„Za dwadzieścia lat będziesz bardziej żałować tego, czego nie zrobiłaś, nie tego co zrobiłaś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj! Śnij! Odkrywaj!” - Mark Twain

Myślę, że Szkoła pod Żaglami pomaga nam wcielić w życie te słowa. Zapoczątkowuje w nas proces pokonywania własnych słabości oraz odkrywanie samego siebie.

To bardzo trudny i żmudny proces.

Aleksandra Jurzak


(fot. uczestnicy 18 SpŻ)

Koniec, niestety...

XVIII Szkoła pod Żaglami zakończyła się. Mamy nadzieję, że przeżycia i wspomnienia, które nasi załoganci zabrali z pokładu "Pogorii", zostaną w nich na zawsze i wzbogacą ich życie. Do zobaczenia i powodzenia!

Tomasz Piątek,
dyrektor XVIII Szkoły pod Żaglami